cooltomo prowadzi tutaj blog rowerowy

Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2012

Dystans całkowity:305.00 km (w terenie 204.00 km; 66.89%)
Czas w ruchu:15:22
Średnia prędkość:18.48 km/h
Maksymalna prędkość:63.00 km/h
Suma podjazdów:5587 m
Maks. tętno maksymalne:178 (96 %)
Maks. tętno średnie:166 (90 %)
Suma kalorii:9085 kcal
Liczba aktywności:9
Średnio na aktywność:33.89 km i 1h 55m
Więcej statystyk

Trening - podjazdy - pętla 10km x 3

Wtorek, 31 lipca 2012 | dodano: 09.08.2012



Lajtowo po mieście

Wtorek, 24 lipca 2012 | dodano: 20.08.2012



Kręcenie po Koninkach

Poniedziałek, 23 lipca 2012 | dodano: 09.08.2012



Koninki-Cyklokarpaty

  • DST 26.00km
  • Teren 26.00km
  • Czas 01:44
  • VAVG 15.00km/h
  • VMAX 59.00km/h
  • Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 21 lipca 2012 | dodano: 09.08.2012



Kolejna wycieczka po okolicach Nowego Brusna-lekkie rozkrecenie przed Koninkami

  • DST 40.00km
  • Teren 38.00km
  • Czas 02:16
  • VAVG 17.65km/h
  • VMAX 55.00km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • HRmax 155( 84%)
  • HRavg 153( 83%)
  • Kalorie 2599kcal
  • Podjazdy 1255m
  • Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 18 lipca 2012 | dodano: 19.07.2012

Mimo nieciekawej pogody ruszyłem pokręcić troszkę przed maratonem w Koninkach co by nie umierać przy każdym podjeździe.



Ciąg dalszy pedałowania po pięknej ziemi Roztoczańskiej

  • DST 36.00km
  • Teren 28.00km
  • Czas 01:59
  • VAVG 18.15km/h
  • VMAX 48.00km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Kalorie 1557kcal
  • Podjazdy 782m
  • Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 16 lipca 2012 | dodano: 17.07.2012

Tym razem wybraliśmy się z żonką na Tour de Horyniec, przez miejscowość Podemszczyzna i dalej do leżącego tuż przy granicy ukraińskiej Radruża-gdzie do dnia dzisiejszego zachowała się piękna cerkiew.



Wakacyjne pedałowanie z żonką po jej rodzinnych stronach.

  • DST 59.00km
  • Teren 45.00km
  • Czas 03:15
  • VAVG 18.15km/h
  • VMAX 48.00km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • HRmax 150( 81%)
  • HRavg 126( 68%)
  • Podjazdy 558m
  • Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 15 lipca 2012 | dodano: 17.07.2012

Nowe Brusno - Huta Szumy - Nowe Brusno



Przepalenie nogi

  • DST 30.00km
  • Czas 01:05
  • VAVG 27.69km/h
  • VMAX 48.00km/h
  • Temperatura 33.0°C
  • HRmax 128( 69%)
  • HRavg 166( 90%)
  • Kalorie 800kcal
  • Podjazdy 196m
  • Sprzęt Włoski Ścigacz - Gianni Motta - Bonanza
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 2 lipca 2012 | dodano: 02.07.2012

Lekko, miło i przyjemnie... rozprostowałem troszkę nogi zmasakrowane wczoraj na Cyklo... w Pruchniku... nie ma co wiele pisać... ale powiem że taka przepałka jest wskazana...:-)



Kolarz-mechanik-Pruchnik-cyklokarpaty

  • DST 50.00km
  • Teren 46.00km
  • Czas 03:27
  • VAVG 14.49km/h
  • VMAX 61.00km/h
  • Temperatura 40.0°C
  • Kalorie 2630kcal
  • Podjazdy 2195m
  • Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 1 lipca 2012 | dodano: 02.07.2012

Na piekielnym maratonie w Pruchniku zrozumiałem jak wiele rzeczy wpływa na końcowy wynik w wyścigu MTB. Obudziłem się dość wcześnie i powiem szczerze nie czułem się rewelacyjnie, gdyż w nocy co chwilę się budziłem. Ugotowałem sobie oczywiście PRO -owsiankę i zacząłem przygotowywać się do wyjazdu. Zamontowałem bagażnik na hak, wrzuciłem rower i ogień po Tomka i Bartka. Przez drogę coraz mocniej zaczynałem się zastanawiać czy nie odpuścić sobie MEGA i wystartować w HOBBY. Temperatura rosła z minuty na minutę i wszyscy mówili mi "...ale żeś se wybrał maraton na debiut w MEGA..." Wiedziałem, że lekko nie będzie, ale wyzwania są po to żeby je podejmować :-) W Pruchniku zameldowaliśmy się dość szybko, rejestracja w biurze zawodów i czas na przygotowanie się do wyścigu. Wszystko szło sprawnie, tylko ten niemiłosierny żar lejący się z nieba coraz bardziej dawał się we znaki. Wystartowaliśmy, pierwsze kilometry spokojna jazda, sam nie wiedziałem na co mogę sobie pozwolić więc oszczędzałem siły, napęd mimo tego, że został ostatnio gruntownie wyczyszczony nie pracował precyzyjnie. Dojechał do mnie Jacek Kołodziej i po krótkiej rozmowie zaczęliśmy wspinać się na pierwszy podjazd w lesie-notabene piękny. Szło nawet dobrze, Jacek nawet kilka razy mówił żebym nie patrzył na niego tylko jechał. Pomyślałem-nie będę szarpał bo nie wiem co jest dalej... i tak w większej grupce dojechaliśmy do szczytu, gdzie las się kończył a zaczynała polana, był to jakiś 10 km. Nagle chrupnięcie i co łańcuch strzelił...:-( a ja jako że doświadczenia wielkiego w startach nie mam, stanąłem i... rozłożyłem ręce gdyż w kieszonkach ani skuwaczki (nie wiem czy tak to się pisze), ani spinki-totalna amatorka. Tu pojawiły się pierwsze myśli-oj chłopie jak ty niewiele wiesz o maratonach MTB i prawdziwym ściganiu. Mijali mnie kolejni zawodnicy, ale żaden z nich nie był w stanie mi pomóc gdyż byli tak samo ekstra przygotowani jak ja...:-) co tu robić wracać się-trochę daleko-10 km już machnąłem, krzyczę do przejeżdżającej obok mnie w lajtowym tempie zawodniczki, czy daleko do bufetu (tam często jakieś narzędzia mają) ona odpowiada mi, że na 18 km jest bufet. Ja pierdziele jestem w samym środku, pomiędzy startem a pierwszym bufetem. Wtedy pojawiają się pierwsi krwiopijcy-Bąki, zwane również w niektórych regionach naszego kraju ślepakami, atak jest zmasowany, żrą gdzie popadnie. Myślę sobie, kurde już po mnie wyssają ze mnie wszystko i wtedy pojawił się mój wybawca z numerem 58 na kierownicy, od razu widział że mój łańcuch nie jest w najlepszej formie, stanął i pyta czy chcę skuwaczkę do łańcucha i spinkę, :-) mój ty królu złoty... jasne że chcę... pyta czy poradzę sobie... ja na to że JASNE...:-) wśród chmary Bąków (nie mam nic do Bartka Bąka)rozpocząłem walkę z łańcuchem... złożenie go poszło sprawnie, ale niestety linka od przedniej przerzutki jakoś dziwnie się zawinęła między korbę a łańcuch... kurde tak nie pojadę... i dawaj rozpinam go znowu, a bąki cały czas żrą jak najęte, żadnego innego celu w pobliżu więc wszystkie na mnie. Myślę sobie na zaraz mnie trafi dre się jak walnięty ale niewiele to pomaga... wreszcie jest sukces-25 minut naprawa urwanego łańcucha, hmmm to znaczy nie za bardzo to można nazwać sukcesem... chyba mega porażka... nieważne, siadam na moja kobyłkę i ogień, ślepaki jeszcze przez chwilę dotrzymywały mi kroku, ale musiały odpuścić sobie i poczekać na kolejnego nieszczęśnika. W dość szybkim tempie zaczynałem dochodzić kolejnych słabszych zawodników i dojechałem do pierwszego bufetu, brawo-jak bym jechał HOBBY to byłbym już na mecie, a tu nawet jeszcze połowy dystansu nie ma, miła obsługa na bufeciku polecała batoniki, banany, pomarańczki, była nawet sól i cytryna-ponoć najlepszy izotonik, ja jednak dwa szybkie kubki z wodą, jeden izotonik, banan i baton w kielnie i lecę dalej... Zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie, ale cały czas pojawiają się kolejne cele które namierzam i chce wyprzedzić. Walkę taką toczę do drugiego bufetu, tu po standardowym uzupełnieniu płynów ruszam dalej, coś tam próbuję jeszcze naciskać, ale nóżki zaczynają mówić o nie synku, my już sił nie mamy, kilka kilometrów dalej zaczynam odczuwać specyficzny ból, wiem czym to pachnie, i nagle jest... skórcz... schodzę z roweru bo boli jak jasny sz..., co robić do mety daleko, żadnego magnezu nie ma... czekam chwię, puszcza... siadam i jadę dalej doganiam koleżkę z numerem 100 z grupy bankietowej, mówi że ma kapcia (po raz pierwszy nie zabrał z sobą dętki) i co dwa kilometry staje i dopompowuje koło... mówię do niego nic się nie martw ja co chwilę staję i rozciągam mięśnie, bo skurcze coraz częstsze... dojeżdżam do ostatniego bufetu i tu zdziwko... pan się mnie pyta czy dobrze się czuje, pewnie wyglądałem jak sto nieszczęść, mówię mu że dawno nie czułem się tak dobrze, choć myślałem, że zaraz zwymiotuję... zaproponował że poleje mi głowę zimną wodą... to było coś wspaniałego, jakby ktoś mnie do akumulatora podłączyl...:-) uzupełniłem płyny w organiźmie i w bidonie i ruszyłem dalej walczyć już bardziej z samym sobą niż z rywalami... na jednym ze zjazdów, jakieś 8 km do mety znów czuję chrupnięcie, muśle kurde, żeby nie łańcuch... niestety było jeszcze gorzej, urwała się linka od tylnej przerzutki i łańcuch spadł na najmniejszy blat. Kurde, jakby były same zjazdy to dam radę, ale znając życie i moje szczęście to na pewno jakiś podjazd jeszcze będzie... nie trzeba było długo czekać. A właśnie w między czasie dopadł mnie Arek Krzesiński który jechał dystans GIGA - myśle ale lipa, frajer ze mnie że podjąłem się tego wyzwania, ale dobra, jak już tyle przejechałem to trza lecieć dalej...:-) wyczołgałem się na szczyt i pytam ludzi na punkcie kontrolnym, czy jeszcze będzie jakiś podjazd, mówią że nie, tylko z górki prosto do mety... o Boże dziękuję ci za tą informację... szczerze mówiąc, jeśli byłby jeszcze jeden podjazd to nie wiem czy dałbym radę, chociaż może... ludzie będący w ekstremalnych sytuacjach potrafią wykrzesać pokłady energii, z których na co dzień nie korzystają. Nie ważne co by było, gdyby... cieszyłem się jak dziecko, choć ze zjazdem też już miałem problem... jakoś dałem radę, patrze a o oddali charakterystyczny balon START/META... dałem radę, choć nieludzko zmęczony-dałem radę... wygrałem z bąkami, przeciwnościami losu (urwany łańcuch i linka od przrzutki) a przede wszystkim z samym sobą... to była dobra szkoła dla mnie... wiem, że dla wielu nie jest to wyczyn, ale dla mnie 37 letniego trzepaka na prawie 14 kilogramowej kobyle to jest coś...:-) Maraton w Pruchniku dał mi odczuć co znaczy "odcięcie prądu" i "jazda w trupa", wytłumaczył mi że warto mieć z sobą skuwaczkę i spinkę oraz dętkę i pompkę. Mogę spokojnie powiedzieć, że maraton w Pruchniku wypruł ze mnie flaki i porozrzucał po okolicznych lasach... mimo tego nie złamał mnie... dojechałem do mety i jestem szczęśliwy... dziękuję ci Pruchniku...;-)
P.S. Wielki szacunek dla was chlopaki, którzy jeździcie GIGA i dla was MEGOWCÓW też, ten kto nigdy nie przejedzie tych dystansów nigdy nie zrozumie ile to kosztuje wysiłku...