Tour de Lubenia
-
DST
87.00km
-
Czas
04:21
-
VAVG
20.00km/h
-
VMAX
71.00km/h
-
Temperatura
25.0°C
-
HRmax
172( 93%)
-
HRavg
131( 71%)
-
Kalorie 2424kcal
-
Podjazdy
821m
-
Sprzęt Włoski Ścigacz - Gianni Motta - Bonanza
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wybrałem się dziś na trening szosowy. Rano trochę pobiegałem na rozgrzewkę a następnie hop na włoskiego ścigacza. W planie było złamać setkę, skończyło się na 87 kilometrach, choć moc jeszcze była. Przygotowałem 2 bidony bo wiadomo człowiek nie wielbłąd i pić musi. Wystartowałem kierując się na Budziwój ulicą Miła i Gościnną - następnie Siedliska i ta koszmarna Lubenia, zaczęło się delikatnie ale z każdym metrem było coraz ciężej i zaczynało brakować siły tętno 170 i brutalnie zbliża się do maxa, myślę sobie dam radę, ale jak wyjechałem z za zakrętu i zobaczyłem jeszcze ostrzejszy podjazd poddałem się, byłem wściekły, bo nie lubię zsiadać szczególnie z Gieni, ale cóż, trza jeszcze potrenować. Chwilę później teren nieco się wypłaszacza i mogłem znów dosiąść Gienie. Trochę kręcenia pod górę, wjazd do lasu i ogień w dół do Połomii, trzeba było uważać na mokre liście i żwirek zalegający na drodze, jechałem więc uważnie aczkolwiek dość szybko, maksymalna prędkość na tym zjeździe to 71 km/h więc dość szybko. Po zjechaniu do Połomii zakręt w prawo na krajową "dziewiątkę" i tuż za pięknym wiekowym kościółkiem w Połomii znów ogień pod górę, obawiałem się jej trochę gdyż pamiętałem ją dobrze, ma długi podjazd najbardziej nachylony na samym początku obok cmentarza, o dziwo szło całkiem przyzwoicie - tętno w granicach 160 uderzeń na minutę ale tchu tak nie brakuje jak w Lubenii. Dalej pod Sośninę i lecę w dół w kierunku Wyżnego i przysiółka Sołtysie gdzie urodziła się moja Mama, a teraz mieszka tam Ciocia z synami. Pomyślałem zajrzę do nich na kawkę. Po wypiciu duuużej czarnej pod czereśnią w miłym towarzystwie ruszyłem dalej, skierowałem się na Czudec, kilometrów na liczniku nie było zbyt wiele więc stwierdziłem, że trzeba jeszcze coś na koło nakręcić i postanowiłem podjechać na Przedmieście Czudeckie, szło dobrze, choć prędkość cinka. Po osiągnięciu szczytu przy tętnie w granicach 160 uderzeń puściłem się w kierunku Niechobrza, wiedziałem już że setka nie pęknie bo Rzeszów był coraz bliżej a kilometrów do setki jeszcze sporo brakowało, pomyślałem że wydłużę jeszcze sobie trasę i skręciłem na Boguchwałę. Dalej kierunek droga nad zalewem o dziwo nie bardzo zakorkowana. Po dojechaniu do wypożyczalni kajaków zamieniłem dwa słowa z kumplem i ruszyłem dalej traktem nad wisłokiem. Po osiągnięciu mostu na Lwowskiej skierowałem się w kierunku Pobitnego, dalej na Armii Krajowej i na Słocinę, lajtowy podjazd pomiędzy Słociną i Zalesiem gdzie nie dopuściłem do tego aby prędkość spadła poniżej 23 km/h co do tej pory się nie udawało. Dalej już prosta droga z górki do domu. Forma jeszcze daleka od optymalnej, ale podjazdy sprawiają mi coraz więcej frajdy. Myślę że setka pęknie już niedługo, ale muszę dobrze zaplanować trasę abym nie musiał sztucznie nabijać kilometrów bo tego nie lubię.



