Kolejna wycieczka po okolicach Nowego Brusna-lekkie rozkrecenie przed Koninkami
-
DST
40.00km
-
Teren
38.00km
-
Czas
02:16
-
VAVG
17.65km/h
-
VMAX
55.00km/h
-
Temperatura
17.0°C
-
HRmax
155( 84%)
-
HRavg
153( 83%)
-
Kalorie 2599kcal
-
Podjazdy
1255m
-
Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mimo nieciekawej pogody ruszyłem pokręcić troszkę przed maratonem w Koninkach co by nie umierać przy każdym podjeździe.
Ciąg dalszy pedałowania po pięknej ziemi Roztoczańskiej
-
DST
36.00km
-
Teren
28.00km
-
Czas
01:59
-
VAVG
18.15km/h
-
VMAX
48.00km/h
-
Temperatura
20.0°C
-
Kalorie 1557kcal
-
Podjazdy
782m
-
Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
-
Aktywność Jazda na rowerze
Tym razem wybraliśmy się z żonką na Tour de Horyniec, przez miejscowość Podemszczyzna i dalej do leżącego tuż przy granicy ukraińskiej Radruża-gdzie do dnia dzisiejszego zachowała się piękna cerkiew.
Wakacyjne pedałowanie z żonką po jej rodzinnych stronach.
-
DST
59.00km
-
Teren
45.00km
-
Czas
03:15
-
VAVG
18.15km/h
-
VMAX
48.00km/h
-
Temperatura
24.0°C
-
HRmax
150( 81%)
-
HRavg
126( 68%)
-
Podjazdy
558m
-
Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nowe Brusno - Huta Szumy - Nowe Brusno
Przepalenie nogi
-
DST
30.00km
-
Czas
01:05
-
VAVG
27.69km/h
-
VMAX
48.00km/h
-
Temperatura
33.0°C
-
HRmax
128( 69%)
-
HRavg
166( 90%)
-
Kalorie 800kcal
-
Podjazdy
196m
-
Sprzęt Włoski Ścigacz - Gianni Motta - Bonanza
-
Aktywność Jazda na rowerze
Lekko, miło i przyjemnie... rozprostowałem troszkę nogi zmasakrowane wczoraj na Cyklo... w Pruchniku... nie ma co wiele pisać... ale powiem że taka przepałka jest wskazana...:-)
Kolarz-mechanik-Pruchnik-cyklokarpaty
-
DST
50.00km
-
Teren
46.00km
-
Czas
03:27
-
VAVG
14.49km/h
-
VMAX
61.00km/h
-
Temperatura
40.0°C
-
Kalorie 2630kcal
-
Podjazdy
2195m
-
Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
-
Aktywność Jazda na rowerze
Na piekielnym maratonie w Pruchniku zrozumiałem jak wiele rzeczy wpływa na końcowy wynik w wyścigu MTB. Obudziłem się dość wcześnie i powiem szczerze nie czułem się rewelacyjnie, gdyż w nocy co chwilę się budziłem. Ugotowałem sobie oczywiście PRO -owsiankę i zacząłem przygotowywać się do wyjazdu. Zamontowałem bagażnik na hak, wrzuciłem rower i ogień po Tomka i Bartka. Przez drogę coraz mocniej zaczynałem się zastanawiać czy nie odpuścić sobie MEGA i wystartować w HOBBY. Temperatura rosła z minuty na minutę i wszyscy mówili mi "...ale żeś se wybrał maraton na debiut w MEGA..." Wiedziałem, że lekko nie będzie, ale wyzwania są po to żeby je podejmować :-) W Pruchniku zameldowaliśmy się dość szybko, rejestracja w biurze zawodów i czas na przygotowanie się do wyścigu. Wszystko szło sprawnie, tylko ten niemiłosierny żar lejący się z nieba coraz bardziej dawał się we znaki. Wystartowaliśmy, pierwsze kilometry spokojna jazda, sam nie wiedziałem na co mogę sobie pozwolić więc oszczędzałem siły, napęd mimo tego, że został ostatnio gruntownie wyczyszczony nie pracował precyzyjnie. Dojechał do mnie Jacek Kołodziej i po krótkiej rozmowie zaczęliśmy wspinać się na pierwszy podjazd w lesie-notabene piękny. Szło nawet dobrze, Jacek nawet kilka razy mówił żebym nie patrzył na niego tylko jechał. Pomyślałem-nie będę szarpał bo nie wiem co jest dalej... i tak w większej grupce dojechaliśmy do szczytu, gdzie las się kończył a zaczynała polana, był to jakiś 10 km. Nagle chrupnięcie i co łańcuch strzelił...:-( a ja jako że doświadczenia wielkiego w startach nie mam, stanąłem i... rozłożyłem ręce gdyż w kieszonkach ani skuwaczki (nie wiem czy tak to się pisze), ani spinki-totalna amatorka. Tu pojawiły się pierwsze myśli-oj chłopie jak ty niewiele wiesz o maratonach MTB i prawdziwym ściganiu. Mijali mnie kolejni zawodnicy, ale żaden z nich nie był w stanie mi pomóc gdyż byli tak samo ekstra przygotowani jak ja...:-) co tu robić wracać się-trochę daleko-10 km już machnąłem, krzyczę do przejeżdżającej obok mnie w lajtowym tempie zawodniczki, czy daleko do bufetu (tam często jakieś narzędzia mają) ona odpowiada mi, że na 18 km jest bufet. Ja pierdziele jestem w samym środku, pomiędzy startem a pierwszym bufetem. Wtedy pojawiają się pierwsi krwiopijcy-Bąki, zwane również w niektórych regionach naszego kraju ślepakami, atak jest zmasowany, żrą gdzie popadnie. Myślę sobie, kurde już po mnie wyssają ze mnie wszystko i wtedy pojawił się mój wybawca z numerem 58 na kierownicy, od razu widział że mój łańcuch nie jest w najlepszej formie, stanął i pyta czy chcę skuwaczkę do łańcucha i spinkę, :-) mój ty królu złoty... jasne że chcę... pyta czy poradzę sobie... ja na to że JASNE...:-) wśród chmary Bąków (nie mam nic do Bartka Bąka)rozpocząłem walkę z łańcuchem... złożenie go poszło sprawnie, ale niestety linka od przedniej przerzutki jakoś dziwnie się zawinęła między korbę a łańcuch... kurde tak nie pojadę... i dawaj rozpinam go znowu, a bąki cały czas żrą jak najęte, żadnego innego celu w pobliżu więc wszystkie na mnie. Myślę sobie na zaraz mnie trafi dre się jak walnięty ale niewiele to pomaga... wreszcie jest sukces-25 minut naprawa urwanego łańcucha, hmmm to znaczy nie za bardzo to można nazwać sukcesem... chyba mega porażka... nieważne, siadam na moja kobyłkę i ogień, ślepaki jeszcze przez chwilę dotrzymywały mi kroku, ale musiały odpuścić sobie i poczekać na kolejnego nieszczęśnika. W dość szybkim tempie zaczynałem dochodzić kolejnych słabszych zawodników i dojechałem do pierwszego bufetu, brawo-jak bym jechał HOBBY to byłbym już na mecie, a tu nawet jeszcze połowy dystansu nie ma, miła obsługa na bufeciku polecała batoniki, banany, pomarańczki, była nawet sól i cytryna-ponoć najlepszy izotonik, ja jednak dwa szybkie kubki z wodą, jeden izotonik, banan i baton w kielnie i lecę dalej... Zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie, ale cały czas pojawiają się kolejne cele które namierzam i chce wyprzedzić. Walkę taką toczę do drugiego bufetu, tu po standardowym uzupełnieniu płynów ruszam dalej, coś tam próbuję jeszcze naciskać, ale nóżki zaczynają mówić o nie synku, my już sił nie mamy, kilka kilometrów dalej zaczynam odczuwać specyficzny ból, wiem czym to pachnie, i nagle jest... skórcz... schodzę z roweru bo boli jak jasny sz..., co robić do mety daleko, żadnego magnezu nie ma... czekam chwię, puszcza... siadam i jadę dalej doganiam koleżkę z numerem 100 z grupy bankietowej, mówi że ma kapcia (po raz pierwszy nie zabrał z sobą dętki) i co dwa kilometry staje i dopompowuje koło... mówię do niego nic się nie martw ja co chwilę staję i rozciągam mięśnie, bo skurcze coraz częstsze... dojeżdżam do ostatniego bufetu i tu zdziwko... pan się mnie pyta czy dobrze się czuje, pewnie wyglądałem jak sto nieszczęść, mówię mu że dawno nie czułem się tak dobrze, choć myślałem, że zaraz zwymiotuję... zaproponował że poleje mi głowę zimną wodą... to było coś wspaniałego, jakby ktoś mnie do akumulatora podłączyl...:-) uzupełniłem płyny w organiźmie i w bidonie i ruszyłem dalej walczyć już bardziej z samym sobą niż z rywalami... na jednym ze zjazdów, jakieś 8 km do mety znów czuję chrupnięcie, muśle kurde, żeby nie łańcuch... niestety było jeszcze gorzej, urwała się linka od tylnej przerzutki i łańcuch spadł na najmniejszy blat. Kurde, jakby były same zjazdy to dam radę, ale znając życie i moje szczęście to na pewno jakiś podjazd jeszcze będzie... nie trzeba było długo czekać. A właśnie w między czasie dopadł mnie Arek Krzesiński który jechał dystans GIGA - myśle ale lipa, frajer ze mnie że podjąłem się tego wyzwania, ale dobra, jak już tyle przejechałem to trza lecieć dalej...:-) wyczołgałem się na szczyt i pytam ludzi na punkcie kontrolnym, czy jeszcze będzie jakiś podjazd, mówią że nie, tylko z górki prosto do mety... o Boże dziękuję ci za tą informację... szczerze mówiąc, jeśli byłby jeszcze jeden podjazd to nie wiem czy dałbym radę, chociaż może... ludzie będący w ekstremalnych sytuacjach potrafią wykrzesać pokłady energii, z których na co dzień nie korzystają. Nie ważne co by było, gdyby... cieszyłem się jak dziecko, choć ze zjazdem też już miałem problem... jakoś dałem radę, patrze a o oddali charakterystyczny balon START/META... dałem radę, choć nieludzko zmęczony-dałem radę... wygrałem z bąkami, przeciwnościami losu (urwany łańcuch i linka od przrzutki) a przede wszystkim z samym sobą... to była dobra szkoła dla mnie... wiem, że dla wielu nie jest to wyczyn, ale dla mnie 37 letniego trzepaka na prawie 14 kilogramowej kobyle to jest coś...:-) Maraton w Pruchniku dał mi odczuć co znaczy "odcięcie prądu" i "jazda w trupa", wytłumaczył mi że warto mieć z sobą skuwaczkę i spinkę oraz dętkę i pompkę. Mogę spokojnie powiedzieć, że maraton w Pruchniku wypruł ze mnie flaki i porozrzucał po okolicznych lasach... mimo tego nie złamał mnie... dojechałem do mety i jestem szczęśliwy... dziękuję ci Pruchniku...;-)
P.S. Wielki szacunek dla was chlopaki, którzy jeździcie GIGA i dla was MEGOWCÓW też, ten kto nigdy nie przejedzie tych dystansów nigdy nie zrozumie ile to kosztuje wysiłku...
rowerowy piątek
-
DST
47.00km
-
Czas
02:28
-
VAVG
19.05km/h
-
VMAX
51.00km/h
-
Temperatura
32.0°C
-
Sprzęt Włoski Ścigacz - Gianni Motta - Bonanza
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wilcze
-
DST
68.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
04:15
-
VAVG
16.00km/h
-
VMAX
71.00km/h
-
Temperatura
29.0°C
-
HRmax
101( 54%)
-
HRavg
119( 64%)
-
Kalorie 1984kcal
-
Podjazdy
1240m
-
Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
-
Aktywność Jazda na rowerze
W sobotę wybrałem się z Arturem i z młodym Wilczkiem do rezerwatu Wilcze. Start spod sceny na plantach o godz. 9.00, ale już koło zapory niespodzianka "kapeć" dobrze że chłopaki byli zabezpieczeni i pożyczyli dętkę. Jechaliśmy spokojnym tempem co jakiś czas czekając na Rafała który troszkę odstawał. Na miejscu mimo dość wysokiej temperatury okazało się, że w lesie strasznie mokro i mnóstwo błota. To co lubię...:-) Powrót również spokojny w kierunku Kielnarowej. Przed podjazdem na WSIZ Artur z Rafałem powiedzieli żebyśmy jechali bo Rafał trochę ujechany. Dalej już we dwóch śmignęliśmy z wilczkiem w kierunku szkoły i tam po piąteczce, ja w swoją stronę a on w swoją. Stwierdziłem, że jeszcze trochę siły jest to myknę sobie podjazd od Tyczyna na Matysówkę i polecę na dół do chałupy. Po wyjechaniu na Matysówkę stwierdziłem że dałem sobie dobrze i czeka mnie już tylko ostatnia przyjemność w postaci zjazdu polami. Niestety pogubiłem troszkę drogę, ale i tak było ekstra.
praca-dom-praca
-
DST
16.00km
-
Czas
00:36
-
VAVG
26.67km/h
-
Sprzęt Włoski Ścigacz - Gianni Motta - Bonanza
-
Aktywność Jazda na rowerze
praca-dom-praca
-
DST
22.00km
-
Czas
00:45
-
VAVG
29.33km/h
-
Sprzęt Giant Trance X4 - 2011
-
Aktywność Jazda na rowerze
praca-dom-praca
-
DST
17.00km
-
Czas
00:40
-
VAVG
25.50km/h
-
Sprzęt Włoski Ścigacz - Gianni Motta - Bonanza
-
Aktywność Jazda na rowerze



